22-23.06.2015 

 

Gran Paradiso 4061 m n.p.m.- 

czterowierzchołkowy szczyt w Alpach Graickich we Włoszech. Położony jest w regionie Valle d'Aosta,  w pobliżu masywu Mont Blanc w Parku Narodowym Gran Paradiso.

Skala trudności ocenia drogę na szczyt jako F+ lub PD-. W dużej mierze idzie się przez lodowiec. Ostatnie 60 metrów stanowi eksponowane przejście z elementami wspinaczki mikstowej ocenianej na I i II w skali UIAA. Wierzchołek główny jest najbardziej wysunięty na północ i znajduje się około 15 minut wspinaczki od wierzchołka "Madonna".

Dogodnym punktem wyjścia na szczyt jest schronisko turystyczne Rifugio Vittorio Emanuele II lub Rifugio Chabod.

żródło: Wikipedia

 






Gran Paradiso zdobyłyśmy z Anią w dniu 23.06.2015r.

Naszym przewodnikiem był Tomek Gąsienica- Mikołajczyk.







Na Gran Paradiso przeznaczyłyśmy dwa dni. 22. czerwca wraz z przewodnikiem wyruszyliśmy do schroniska Emanuele II wys. 2735m n.p.m. Z parkingu, na którym zostawiłyśmy auto, do schroniska prowadzi dobrze oznaczona, szeroka ścieżka spacerowa. Po około 0,5 godziny marszu ścieżka zaczyna piąć się mocno w górę. Idąc zakosami dość szybko zdobywa się wysokość. To był bardzo słoneczny dzień i przyznam szczerze, że nie spodziewałam się, że piwko pod schroniskiem będziemy pić ubrani w kurtki puchowe:-):-)

 

Po nocy spędzonej w schronisku Rifugio Vittorio Emanuele II na szczyt mieliśmy wyruszyć po śniadaniu tj. około 6:30. Gdy obudziliśmy się rano, kilka minut po 5:00, każde z nas leżało cichutko w ciepłym łóżku. Nikomu nie chciało się wychylić nawet nosa. Ja byłam przerażona. Zastanawiałam się czy to mi się śni, czy rzeczywiście na zewnątrz hula taki wiatr, że okiennice schroniska aż dudnią i słychać dosłownie jeden gwizd. Moja pierwsza myśl: "Jezu, ten wiatr nas zwieje, a już na pewno tyłki nam odmrozi". Oczywiście nie wyszliśmy w góry. Wiało jak cholera, później wiatr nieco zelżał, ale dołączył się do niego deszcz ze śniegiem. Po śniadaniu, spakowani, zwarci i gotowi czekaliśmy w schronisku na poprawę pogody. Nie tylko my, bo tylko nieliczni przewodnicy zdecydowali się wyjść z klientami w góry, wszyscy inni siedzieli z stołówce wpatrzeni w okna i kręcili głowami. Na takim czekaniu czas mija baaaaaaardzo powoli. Siedzisz, słuchasz, obserwujesz, czekasz, myślisz, siku, pić, spać, ech mam dość....:-)

 

Kilka minut po 9:00 zryw na cztery nogi! Nie jest dobrze, ale nie jest źle! Lekko pada, nieco wieje, ale po południu ma się rozpogodzić. Ok, idziemy więc. Przed nami ponad 5 godzin drogi na szczyt.

Pogoda nas nie rozpieszczała. Deszcz, śnieg, wiatr, zimno, mgła.

Początkowo droga ze schroniska prowadzi kamienistym szlakiem, ale po godzinie marszu wchodzi się na lodowiec i idzie się nim już do samego końca. Podejście jest długie, miejscami dość strome. Jeżeli do tego dorzuci się silny wiatr z deszczem, który uderzając w twarz powoduje odczucie igiełek wbijających się w skórę......Wierzcie mi, niezbyt przyjemne wrażenie.....Łapawice na dłoniach sprawdziły się świetnie, a mamy przecież połowę czerwca. Góry. Tu pogoda nie rozpieszcza nikogo!

Wierzchołek widać dopiero, gdy przekroczy się duże, wypłaszczone pole śnieżne. Tu robiliśmy odpoczynek idąc na szczyt, ale też i w drodze powrotnej. Fajne miejsce na podziwianie panoramy Alp, o ile nie ma chmur. Z tego miejsca zaczynają się pewne trudności. Trzeba pokonać około 20 minut  podejścia po stromym śniegu. My mieliśmy stabilny śnieg i dość dobrze wybite stopnie, więc szło się całkiem dobrze. Następnie zaczyna się trawers w kierunku skał, ale najpierw trzeba przejść przez śnieżny mostek, którym to przekracza się znacznych rozmiarów szczelinę. Z daleka wygląda niepozornie, jak długie załamanie śniegu, ale gdy się jej przyjrzeć z bliska......

 

Szczyt jest już niemalże na wyciągnięcie ręki, widać Madonnę, która tam stoi. Droga na szczyt to wspinaczka w mieszanym terenie, trochę skał, trochę śniegu. Ogromne bloki skalne sterczą jak wielkie zęby i osoby niskie, czyli o krótkich nóżkach, takie jak my:-) mogą mieć trudności z pokonaniem tych skał. My stosowałyśmy wszelkie możliwe, znane nam techniki: trochę na kolanach, trochę na pupie (zawsze to bezpieczniej usiąść, niż ślizgać się po skale w rakach). Filmiki z youtube nie kłamią! Rzeczywiście jest tam dość ciasno, spora ekspozycja, więc koniecznie trzeba zachować ostrożność i szczególnie mieć się na baczności przy wymijaniu się z ludźmi schodzącymi/podchodzącymi ze szczytu.

 

A na szczycie OGROMNA RADOŚĆ i koniecznie  FOTO TIME!


Mieliśmy to szczęście, że wracając ze szczytu, pogoda zaczęła się poprawiać, chmury się podniosły, słońce zagrzało nawet  i mogliśmy nacieszyć oczy wspaniałymi widokami Alp:-)


P.s. Opowiem jeszcze Wam jeszcze naszą "twarzową" przygodę z Gran Paradiso, bo nie byłybyśmy sobą, gdybyśmy czegoś nie "paliły":-)